„Saints Row” to seria, która zaczynała jako marny klon GTA San Andreas, by ulegając transformacji w całkiem solidnego gangsterskiego sandboksa, wypracować swój własny charakter i niepowtarzalny styl, który wyniósł uniwersum gry poza granice kiczu i absurdu.
Z każdą kolejną częścią „Święci” stawali się coraz bardziej szaleni, a wodze fantazji twórców z Volition już dawno się zdezintegrowały. Upadek THQ nie dał rady pogrzebać „Saints Row”, którego czwarta część już pod skrzydłami Deep Silver, stała się do granic możliwości przerysowanym, pełnym niewybrednych żartów i praktycznie zerowej czwartej ścianie sandboksem superbohaterskim. Myślałem, że nie da się wymyślić już nic szokującego w tym nieznającym tabu uniwersum, a wtedy nadszedł ten spin-off.
Johnny Gat to moja ulubiona postać z całej serii. Niezwykle lojalny, bezsensownie okrutny, skuteczny, sarkastyczny i pełen nieodpartego uroku. Nie ma się więc co dziwić, że kiedy dowiedziałem się, iż ten pan ma być główną osobistością w nowym tytule spod znaku absurdalnych gier gangsterskich, oczekiwania miałem wielkie. Jednak nie uprzedzajmy faktów.
Akcja dodatku rozpoczyna się w kosmicznej siedzibie Świętych, gdzie Kinzie obchodzi urodziny. Tradycyjnie mamy tort, czapeczki, piniatę i zabawę w wywoływanie duchów. I wszystko byłoby w jak najlepszym porządku, gdyby to ostatnie nie odbyło się niestandardowo. Otóż okazuje się, że tablica Ouja wykorzystywana do zabawy jest nawiedzona i otwiera portal przez który wsysa przywódcę Świętych wprost do piekła. W związku z tym Johnny Gat wraz z Kinzie i genialnym planem brzmiącym „dać Szatanowi w ryj” ruszają z misją ratunkową.
Pomysł sam w sobie jest genialny. Naprawdę. Zaświaty to chyba jedyne miejsce, którego Święci jeszcze nie zbeszcześcili. Fabuła jest oczywiście idiotyczna i niedorzeczna, ale to właśnie absurd jest siłą historii poprzednich części. Narracja jest całkiem niezła, udało się wpakować kilka nie najgorszych żartów, no i do tego mamy 5 zakończeń, ale…
Mimo że cutscenki zrealizowane są bardzo dobrze, fabuła trzyma klimat serii i aktorstwo jest na całkiem niezłym poziomie, mam wrażenie że linia fabularna to jakieś pół strony A5 w dodatku w większości składające się ze skreśleń i poprawek. Momentami miałem wrażenie, że historia jest na siłę rozciągana, żeby można było tę grę nieco wydłużyć, a jednocześnie nikomu nie chciało się myśleć nad wątkami pobocznymi.
Tak więc spotykamy kilka postaci znanych z poprzednich części jak i tych poznanych na lekcjach historii. I mimo że mają one potencjał do namieszania w scenariuszu, pokazane są na chwile, wygłaszają kilka zdań, a potem znikają jak gdyby nigdy nic.
Teoretycznie w trakcie gry walczymy o pozyskanie sojuszników, a w praktyce nie ma to większego znaczenia. Tak duży potencjał tak bardzo zmarnowany…
Muzycznie gra prezentuje się całkiem nieźle. Utwory są przyjemne i utrzymane w klimacie, jednak na tle poprzedniczek, nie wybijają się ponad przeciętności.
Bardziej bolesna jest grafika. Tak naprawdę mamy tu do czynienia dokładnie z tym, co w części czwartej. W oczy kolą pikselozą niskiej rozdzielczości tekstury. Poza tym samo piekło jest zrobione jakoś tak mało pomysłowo. Zwyczajnie wzięto Steelport z czwórki i podmieniono modele budynków. Nawet Kinzie w pewnym momencie o tym wspomina. Wiem, że to celowy zabieg twórców, ale jest to też dowód ich lenistwa. Przecież piekło można było tak fajnie zaprojektować! I wiem, że to wszystko wina lenistwa, albo napiętych terminów, bo znam kreatywność ludzi z Volition i wiem jak wykręcone rzeczy potrafią tworzyć. Piekło zrobione na „odwal się” jest obrazą dla ich dotychczasowej twórczości. Tak duży potencjał tak bardzo zmarnowany…
Mam wrażenie, że „Gat out of Hell” to takie odcinanie kuponów od naprawdę dobrej marki. Wystarczy spojrzeć na samą rozgrywkę. Tak naprawdę przez większość gry wykonujemy drobne zlecenia dla poszczególnych postaci. Misje fabularne, będące oryginalnym projektem może zliczyć na palcach jednej ręki niezbyt ostrożny operator piły tarczowej. No serio? Olali projekt lokacji, postacie poboczne, silnik graficzny i muzykę. Czy chociaż zadań nie mogliby zaprojektować ciekawie? Tak duży potencjał tak bardzo zmarnowany… Teoretycznie dostaliśmy do dyspozycji nowe moce. „Teoretycznie”. Przede wszystkim jest ich zdecydowanie mniej poza tym tylko jedna nie jest przeprojektowaną zdolnością z czwórki. Tak duży potencjał… i tak dalej.
Jedno co muszę zaliczyć na plus to mechanika latania. W czwórce strasznie mi przeszkadzało, że jesteśmy Neo z Matrixa, a możemy tylko szybować ponad Steelport. Tutaj Johnny Gat dostaje prawdziwe, na wypasie skrzydła. I latanie z nimi nadal nie jest lataniem w rozumieniu naukowym, ale jest zdecydowanie przyjemniejsze i lepiej zrealizowane niż to dziwne fruwanie zaimplementowane wcześniej. Tak duży potencjał… tym razem wykorzystany.
No i pozostaje nam kwestia błędów. Pierwsze co mnie uderzyło, to to co odwalił polski wydawca. W jednej z pierwszych scen gry Johnny zaczyna nagle w napisach nawijać po niemiecku. Może to zabrzmi zabawnie, ale w pierwszej chwili pomyślałem, że to celowy zabieg, że niby niemiecki jest językiem urzędowym piekła. Szowinistycznie nie? Ale niestety był to błąd, który jakimś cudem trafił do finalnej wersji.
Poza tym często zdarzały się błędy w wykrywaniu kolizji, ataki po których postać nie nadążała wstać i była oklepywana w kółko, błędy fizyki wywalające bohatera daleko poza arenę starcia, no i optymalizacja. No naprawdę to już jest ewidentny dowód na lenistwo developerów. Optymalizacja jest tragiczna. Gra potrafi zwolnić poniżej 20 klatek bez żadnego konkretnego powodu. Na ekranie nie dzieje się nic, a tu nagle zgrzyty. Żeby było zabawniej przycięła mi się już na intrze. Już nawet nie chce mi się denerwować.
Mimo wszystko jednak bawiłem się w piekle całkiem nieźle. Rozgrywka, mimo że powtarzalna, jest calkiem przyjemna i daję nieco odmóżdżającej zabawy na te 4 do 6 godzin. I mimo że jest to fuszera jakich mało, dla fana Świętych jest pozycją obowiązkową. Ale może w jakiejś promocji, niekoniecznie teraz.
I tą płynącą z doświadczenia nauką ekonomii kończę. Cześć!