Wielu czekało na to aby Ubisoft wydal czwartą część Far Cry’a – w końcu sie doczekaliśmy i zrecenzowaliśmy ją dla was – zobaczcie co developerom udało się stworzyć!
W roku 2004 Crytek przerobił swojego benchmarka z dinozaurami na pełnoprawną grę… już bez dinozaurów. Niemalże wszystkim na widok tego cuda puściły mięśnie, które bynajmniej nie powinny publicznie okazywać słabości. Ja za to zareagowałem tylko lakonicznym „MEH”. Gra była ładna, miała prześliczne widoczki i zarzynała ówczesne pecety. I co z tego skoro strzelanką była bardzo średnią. W dodatku z przeciwnikami, którzy potrafili Cię ściągnąć z kilometra za pomocą procy. Far Cry mnie nie przekonał i po kilku godzinach męczenia się z nim dałem sobie spokój. Kilka lat później przyszła pora na część drugą. Ta była również prześliczna, z dziką afryką w tle i tą megaimmersją. Mimo zachwytów całego świata ja znów przyhipsterzyłem ze swoim „MEH”. No ok, gra była ładna, miała dobrą mechanikę strzelania, kilka świeżych pomysłów, ale nadal była strzelanką, która nie była w stanie mnie zachwycić.
Tym bardziej przy tak idiotycznych założeniach jak wrogowie respawnujący się w posterunkach ot tak. Far Cry’a 3 miałem w ogóle nie dotykać, jednak chciał nie chciał tytuł wpadł mi w ręce. Stwierdziłem „do trzech razy sztuka” i zrozumiałem, że to był jeden z tych momentów przełomowych w moim życiu. Gdybym wtedy skreślił tę grę, moja egzystencja wyglądałaby zupełnie inaczej. A jednak stało się, trzeci Far Cry mnie zachwycił. Podobało mi się tam wszystko od świata, przez mechanikę walki, misje poboczne, aż po durnowatą fabułę. W tym momencie moje „MEH”, zamieniło się na „No nie mogliście zrobić czegoś takiego od razu?”. Kiedy wyszedł Blood Dragon, brałem w ciemno i nie zawiodłem się. Połączenie świetnej gry z kiczem wideo lat osiemdziesiątych?! Dla mnie mega! I tak moja przyjaźń z serią kwitła, aż do momentu kiedy zobaczyłem zwiastun najnowszej odsłony. Pomyślałem „Toż to jest ta sama gra co poprzednio! Tylko ze słoniami”. I wiecie co? I Bardzo dobrze!
Jak już wspomniałem w swoim przydługim wstępie nowa odsłona serii bez skrępowania eksploatuje pomysły z poprzedniej części. W związku z tym naszym głównym bohaterem jest chłopak wplątany przypadkiem w intrygi i walki o władzę, które pozornie w ogóle go nie dotyczą. Ajay Ghale przyjechał do fikcyjnego, przypominającego Nepal Kyratu by wypełnić ostatnią, jakże romantyczną, wolę swojej zmarłej matki, którą jest rozsypanie jej prochów w konkretnym miejscu ojczyzny. Jak się po dość krótkim czasie dowiadujemy fanaberia nieboszczki ma swoje drugie dno, które pakuje jej pierworodnego w nie lada kłopoty. Jak już wcześniej wspomniałem czwarty Far Cry, bazuje na pomysłach poprzednika, więc nie mogło zabraknąć psychopatycznego, sadystycznego watażki trzymającego region w ryzach twardą ręką. I o ile pirat Vaas na pierwszy rzut oka wyglądał na lubującego się w zadawaniu bólu psychola, tak Pagan Min bardziej przypomina metroseksualnego wielbiciela sado-maso. Bynajmniej nie uważam tego za wadę, gdyż chcąc nie chcąc jego postać idealnie kontrastuje z dzikim i mocno azjatyckim ludem Kyratu. Oczywiście zgodnie z tradycją naszym zadaniem jest skopanie tyłka antagonisty i przywrócenie równowagi Zen w tym pięknym górzystym regionie. Jednak tym razem Ubisoft pokusił się o bardzo zabawne zagranie pozwalające nam ukończyć rozgrywkę w kilkanaście minut, opowiadając się po ciemnej stronie mocy. Zakładając jednak, że nie jesteśmy tchórzliwymi leniami i nie kupiliśmy gry, tylko po to by zobaczyć napisy końcowe, czeka nas przeprawa przez rebelianckie piekło. Nasz dzielny protagonista dołącza bowiem do Złotego Szlaku, czyli grupy chcącej zdetronizować tyrana.
I tu zaczyna się nasza przygoda chłopca na posyłki wykonującego setki drobnych, zawierających wielkie pokłady miodu robótek, nieuchronnie prowadzących do realizacji z góry założonego celu. Nie ma się co oszukiwać, fabuła w grze jest daleka od nazwania jej dobrą. Historia specjalnie nie wciąga, a nasz bohater to nie Jason przechodzący klasyczną przemianę „zero to hero”, ale facet, któremu dali karabin, powiedzieli „Jesteś jednym z nas, strzelaj!”, a ten grzecznie posłuchał. Ta postać jest tak nieautentyczna i płaska, że w żaden sposób nie chcę się z nią utożsamiać. Pozostali bohaterowie także mają jakoś słabo nakreśloną osobowość i tak naprawdę jedyną jasną gwiazdą jest tu Pagan Min, mimo tego, że do Vaasa się nie umywa. Jednak nie samą fabułą Far Cry stoi. Seria od zawsze słynęła z pięknych krajobrazów, dzikiej przyrody itd. Nie inaczej jest i w czwórce. Kyrat wygląda przepięknie. Górzyste tereny, zielone polany i malownicze przełęcze naprawdę robią wrażenie. Dokładnie tak samo jak w trzech poprzedniczkach. Graficznie czwórka to nieco podrasowana poprzednia część. Tak naprawdę na pierwszy rzut oka nie widać większych różnic w jakości tekstur, animacjach, modelach postaci. No zastrzelcie mnie, ale praktycznie w ogóle ich nie widać. Nie mogę powiedzieć, że to coś złego, bo gra wygląda naprawdę dobrze, ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że gram w rozbudowany dodatek do trójki. Muszę także nagrodzić gromkimi brawami za optymalizację. Jestem naprawdę pozytywnie zaskoczony, tym bardziej że to gra Ubisoftu. Mimo że nie mam jakiegoś super sprzętu i w tle miałem włączony program do nagrywania, gra śmigała w 30 FPS, łapiąc delikatną czkawkę w śladowych ilościach. Za to jeśli chodzi o muzykę, ta jest tu mistrzowska, idealnie wpasowana w klimat dzikiego kraju u podnóży himalajów.
Kompozytor odwalił naprawdę kawał dobrej roboty i wierzcie mi dla samego soundtracku warto mieć styczność z tą produkcją. Może przesadzam, bo przecież nikt nie gra w sandboksowe strzelanki dla muzyki. Prawda? Główną atrakcja powinna być zróżnicowana rozgrywka. Wracamy więc do tego co powiedziałem wcześniej – Far Cry 4 to kolejna trójka. Mamy tu mnóstwo rzeczy do roboty. Poczynając od setek znajdziek, przez misje myśliwskie, fortece, posterunki, a na dzwonnicach odsłaniających mapę kończąc. I mimo że znamy to już z przeszłości, są to rzeczy, które naprawdę mogą nas przykuć do gry na długie godziny. Wybijanie uzbrojonych po zębt adwerszarzy się nie nudzi, a miłośnicy szukania skarbów i odkrywania wszystkiego co twórcy przygotowali będą wniebowzięci. Sama rozgrywka jest zrealizowana naprawdę wyśmienicie biorąc pod uwagę świetną mechanikę strzelania, sporą różnorodność zadań, bogaty arsenał i obranie jednej z wielu ścieżek prowadzących do realizacji misji. Mamy tu też dwutorowy rozwój postaci. Pierwszym filarem jest zdobywanie punktów doświadczenia generujących nam punkty umiejętności, które możemy wydać na ofensywne zdolności tygrysa lub defensywne słonia. Drugim elementem jest uproszczony, związany z łowiectwem crafting. Po uzbieraniu odpowiedniej ilości skór danych zwierząt, możemy wykonywać przedmioty powiększające nasze możliwości targania broni, pieniędzy, mikstur czy skarbów. I tak naprawdę będziemy musieli się tego craftingu podjąć. No chyba, że jesteście hardkorami, którzy lubią przechodzić strzelanki mając do dyspozycji tylko jedno narzędzie mordu. Na deser przychodzą nam rozbudowane tryby multi, możliwość odbywania misji w koopie i poprawiona względem poprzedników, jednak nadal średnia mechanika jazdy wszelkimi pojazdami. I tworzyłoby to obraz gry idealnej, gdyby nie fakt, że robił ją Ubisoft. A co Ubi lubi robić z grami dobrze wiemy.
Przede wszystkim gra jest pełna drobnych błędów fizyki, które bardziej śmieszą niż przeszkadzają. Poza tym mam spore wątpliwości jeśli chodzi o inteligencję naszych oponentów i sprzymierzeńców. Potrafią się zablokować na obiektach, rzucać sobie granaty pod nogi, albo całkiem się zagubić i zapomnieć, że mają do nas strzelać. Jednak to wszystko jest niczym w porównaniu z tym, co zrobili ze zwierzętami. Pomijam już niezniszczalne słonie, bo to jakoś można wybaczyć, jednak cała reszta… Zwierzęta w Far Cry 4 są jakoś niedorzecznie mocne. Watacha wilków jest w stanie wytłuc cały posterunek uzbrojonych żołnierzy. Dziwne? A co powiecie na to, że wpakowanie w głowę tygrysa całego magazynku z karabinu, nie zabije go? Mało tego, pasiasty nawet się nie zająknie i rzuci się nam do gardła. Czym to tłumaczyć? Szokiem? W dodatku fauna Kyratu jest niesamowicie agresywna. Wyobraźcie sobie, że orzeł stanowi dla wioski większe zagrożenie, niż atak ciężkozbrojnego oddziału Pagana. Serio? Orły atakujące ludzi? No serio?! I nie wiem teraz czy to tak naprawdę jest taki wielki błąd. W sumie to, że zwierzęta są tu tak absurdalnie potężne ma na swój sposób swój urok i jest niezwykle zabawne. Szczególnie, kiedy widzimy jak niedźwiedź załatwia za nas całą robotę przy przejęciu pozycji wroga. Far Cry 4 to tak naprawdę nieco ładniejsza część trzecia, z drobnymi nowinkami takimi jak motolotnie, możliwość ujeżdżania słoni, czy szczucia wrogów drapieżnikami. Bardzo fajną rzeczą jest dodany do gry koop. Szkoda tylko, że misji fabularnych nie można w ten sposób przechodzić. Mimo wszystko, kiedy wyłączy się krytyczne myślenie, zapomni o miałkiej fabule i odda się radosnej rozwałce, można z rozgrywki wyciągnąć naprawdę duże pokłady rozrywki. Tym pozytywnym obrazem himalajskiego moda do leciwej już strzelanki kończę. Cześć!
Ocena ogólna: [star rating=”9″ max=”10″] 9/10
Ocena grafiki: [star rating=”8″ max=”10″] 8/10
Ocena muzyki: [star rating=”10″ max=”10″] 10/10