We Happy Few

W Internecie jest już wiele recenzji We Happy Few i pewnie większość, jak nie wszyscy czytelnicy zainteresowani moim tekstem, już wiedzą jak inni dziennikarze ocenili produkcję Kanadyjczyków z Compulsion Games. Średnia ocen na poziomie 60% specjalnie nie zachwyca. Ja jednak postaram się spojrzeć nieco przychylniej na ten tytuł. Raczej nie emanuję optymizmem i radością niczym nafaszerowani specjalnymi pigułkami mieszkańcy świata wykreowanego na potrzeby We Happy Few. Podchodzę do tej gry na chłodno i uważam, że zasługuje ona na znacznie lepsze oceny.

Zabawę zaczynamy jako Arthur*, redaktor gazety, którego codzienna praca to między innymi cenzurowanie informacji, aby czytelnicy nie zobaczyli niczego, co może popsuć ich humor. W krainie, w której wszyscy są uśmiechnięci od ucha do ucha byłoby to nie do przyjęcia. Arthura coś jednak ruszyło i zamiast wziąć kolejną pigułkę, decyduje się zbuntować. Pozbawiony narkotyku odkrywa jak w rzeczywistości wygląda ten świat. Nie tylko wszystko co wspaniałe okazuje się iluzją. Również ludzie widzący kogoś, kto dawno nie brał swojej tabletki, nie reagują zbyt przychylnie. Przygodę z We Happy Few zaczynamy więc od ucieczki.

Celem Arthura jest nie tylko uciec, ale i odnaleźć swojego zagonionego brata. Szybko okazuje się też, że świat We Happy Few to alternatywna wersja rzeczywistości. Mamy lata 60-te, a Anglia w czasie II wojny światowej została podbita przez Niemcy. Tym samym pewne elementy rzeczywistości mieszają się z fantastyką, tworząc dosyć głęboki i ciekawy świat. Interesujące jest w nim również to, w jaki sposób pokazany został podział społeczeństwa. W końcu nie wszyscy biorą pigułki i są szczęśliwi. Niektórzy żyją na uboczu, w bezwzględnym, brutalnym i nieszczęśliwym świecie, schowani w swoich norach bez perspektyw na coś chociaż odrobinę lepszego. Z kolei ci, którzy biorą pigułki, szczęśliwi również są tylko pozornie. Ta część świata We Happy Few również ma swoje mroczne strony, skrzętnie ukrywane za kolorową otoczką będącą tylko iluzją powodowaną przez tabletki.

Poznawanie świata jest ciekawe między innymi dzięki temu, że przez sporą część czasu We Happy Few jest niczym klasyczny story driven. Gdzieniegdzie tylko trafiamy na niewielką, otwartą przestrzeń, na której można wykonać kilka zadań dodatkowych. Przez pierwsze kilka godzin twórcy prowadzą nas za rączkę. Jeśli pamiętacie zeszłoroczny pokaz gry na E3, pewnie też słyszeliście opinie osób, które grały wcześniej w wersję preview. Twierdziły one, że ten klimatyczny, oskryptowany początek to jedynie mało reprezentatywny wycinek gry, która jest czymś zupełnie innym. Otóż finalnie okazuje się, że ekipa Compulsion Games znacząco zmodyfikowała pierwotny pomysł, dzięki czemu We Happy Few mocniej poszło w stronę liniowej produkcji niż sandboksa czy survivalu. Wyszło to grze zdecydowanie na dobre.

Po kilku godzinach nieco jednak zmienia się ten obraz. Po odwiedzeniu części lokacji zamieniają się one w prawdziwy otwarty świat, po którym możemy swobodnie podróżować i wykonywać zadania dodatkowe. Pojawiają się nawet klasyczne dla sandboksów kryjówki, które możemy odblokować. Wiąże się to z oczyszczeniem danego miejsca, zawsze w inny sposób. Lokacje te pozwalają również na korzystanie z szybkiej podróży, co po czasie okazuje się bardzo pomocne. Świat We Happy Few jest niezwykle ciekawy, ale niestety nie dotyczy to budowy mapy. Dużo w niej pustych przestrzeni, na których nie ma zbyt wiele do roboty, a miasto pełne ludzi biorących pigułki jest dosyć monotonne i brakuje mu urozmaicenia.

Poruszanie się po mieście ma jeszcze jeden minus. Wszyscy są tam szczęśliwi i tego również oczekują od głównego bohatera. Konieczne jest więc dbanie o odpowiedni poziom „szczęśliwości”, który uzupełniamy biorąc pigułki. Świat staje się wtedy bardziej kolorowy, co wizualnie w genialny sposób pokazuje zmianę rzeczywistości. Niestety pojedyncza pigułka starcza na bardzo krótko, a inni mieszkańcy alergicznie reagują na „nietypowe” zachowanie. Takim jest na przykład skakanie i bieganie. Łatwo również zdenerwować innych ludzi, chociażby wchodząc do ich domów. Jak na osoby ogarnięte szczęściem nie potrzebują zbyt wiele, aby ruszyć w stronę innego mieszkańca z żądzą mordu. Konieczna jest wtedy ucieczka, na widok której nagle całe miasto chce dopaść głównego bohatera. Nie ma czegoś takiego jak upomnienie czy próba przeprosin. Najdrobniejsze przewinienie jest karane w najbardziej surowy sposób. Z tego też powodu poruszanie się po mieście jest zbyt wolne i bardzo często męczące.

Jak już dojdzie do konfrontacji, a ucieczka nie jest możliwa, zawsze można zacząć używać argumentów siłowych. System walki nie jest jednak szczególnie rozbudowany. Możemy korzystać z bloku, mocnego i słabego ciosu oraz pchnięcia. Opcji jest niewiele, przez co potyczki nie są szczególnie ekscytujące. Nie jest to jednak wielki problem. We Happy Few bardziej stawia na skradanie i ciche eliminowanie przeciwników. Szczerze mówiąc często wolałem w taki sposób pokonywać wrogów niż wchodzić w otwarty konflikt. Nawet znajdowanie coraz lepszych broni nie sprawiało, że skradanie było mniej satysfakcjonujące.

Wspomniałem o możliwości znajdowania nowych broni. Zatrzymajmy się w tym miejscu, ponieważ to dosyć istotny element gry. Przemieszczając się kolejnymi lokacjami wszędzie natrafiamy na różne przedmioty, które możemy zabrać ze sobą. Fani chomikowania będą zachwyceni. Oczywiście do momentu przekroczenia limitu obciążenia. Znalezione przedmioty służą do wielu różnych celów. Czasami jest to broń, innym razem jedzenie czy leki. Najwięcej miejsca poświęca się jednak na przedmioty służące do craftingu. Ten jest dosyć rozbudowany i pozwala nam tworzyć wiele przydanych przedmiotów. Nie jest to może system tworzenia broni niczym w Dead Island czy Dying Light, ale i tak korzystanie z niego przynosi wiele radości.

Mówiąc o craftingu warto wspomnieć, że We Happy Few nie zrywa w pełni z początkową ideą, w której gra miała być survivalem. Nadal musimy w niej spać, jeść czy pić. Z głodu raczej nie umrzemy, ale niezaspokojone podstawowe potrzeby negatywnie wpłyną na możliwości naszego bohatera. Na szczęście wymagania nie są zbyt wysokie, dzięki czemu dbanie o sen czy pełny żołądek nie stanowi głównej czynności wykonywanej w grze. Byłoby to irytujące, zwłaszcza biorąc pod uwagę jak We Happy Fewprzeplata fragmenty sandboksowe z bardziej liniowymi, oskryptowanymi misjami.

 

Data premiery We Happy Few miała miejsce w nieco niefortunnym dla mnie czasie. Ze względu na wyjazdy nie miałem zbyt wiele czasu, a więc kiedy byłem w domu musiałem robić dłuższe, kilkugodzinne sesje z grą, aby należycie ją przetestować. Chociaż nie jestem fanem takich rozwiązań, specjalnie nie cierpiałem przed konsolą. Wręcz przeciwnie, bawiłem się bardzo dobrze, a po wyłączeniu gry ciągle myślałem o powrocie i wykonaniu ostatnich questów. To moim zdaniem najlepsza rekomendacja. Na pewno jednak wielu zraziło się do We Happy Few innymi recenzjami. Nawet jeśli więc kogoś nie uda mi się przekonać, polecam chociaż nie zapominać o tym tytule. Na razie cieszy się on sporą popularnością, a więc twórcy na pewno szybko go nie porzucą. Wraz z kolejnymi aktualizacjami wiele problemów musi zostać rozwiązanych. Za jakiś czas We Happy Few powinno być więc tytułem niemalże obowiązkowym.

Good

  • Genialny design świata
  • Crafting
  • Wiele rozbudowanych mechanik...

Bad

  • ... których momentami jest aż zbyt wiele
  • Bugi i problemy z wydajnością
8

Bardzo Dobra

5 komentarzy

  1. Gra całkiem dobra 🙂 Przypadła mi do gustu jeżeli ktoś zechciał by zobaczyć jakąś serię typu „Zagrajmy w” Zapraszam Bardzo Serdecznie Kanał: BykuThePlayer

  2. Gra ma potencjał, fajnie się grało, ale na kilka bugów które są więcej niż uciążliwe. Coś w stylu blokowania się npc czy braków w teksturach to dla mnie żadna przeszkoda, ale jak nie da się ukończyć questów to szkoda mi czasu na zaczynanie od nowa. Na początek daje 7, zobaczymy jak się to rozwinie.

  3. Nie slyszalem o niej wczesniej ale mile zaskoczenie… bardzo rozbudowana – jest super po paru godzinkach..

  4. polecam gre jest jusz na steam kosztuje 19.99 euro świetna gra

  5. Wiadomo coś na temat polskiej wersji językowej?

Leave a Reply