Witajcie Rodacy – Mirror’s Edge: Catalyst jest tak zwanym „rebootem” bardzo ciepło przyjętej przez graczy poprzednika z 2009 r. Z wielką chęcią sięgnąłem po ten tytuł dlatego zapraszam was na nasza recenzję.
Jeśli by spojrzeć nieco w przeszłość i przyjrzeć się rozwojowi w miarę współczesnych gier, można znaleźć jeden wspólny mianownik. Twórcy zawsze chcą nam przedstawić jak najlepiej odwzorowane elementy, które mają nas przykuć do ekranu. Od jakiegoś czasu widać tendencję, która wraz z rozwojem technologii pozwala developerom na coraz lepsze dopieszczanie pojedynczych elementów rozgrywki, które to naturalnie składają się na cały, gotowy produkt. Lepsze strzelanie, lepsza destrukcja, lepsze odwzorowanie terenu, lepsze mechaniki skradania. Pojedyncze trybiki w growych machinach wciąż chcą być rozwijane. No i wreszcie parkour. Tak naprawdę niewiele jest tytułów, które tą tematykę odwzorowały naprawdę dobrze. Jednak tym razem próbuje nas przekonać do siebie Mirrors Edge Catalyst. Czy zatem nowa Faith wyciągnęła lekcję z udanej choć nieco przeoczonej poprzedniej opowieści? Przekonajmy się.
Miasto Szkła urzeka. Pierwsze co rzuca się w oczy po uruchomienie nowego Mirrora to cudowna, ascetyczna wizja przyszłości, gdzie parki i skwery ustąpiły miejsce stali, szkłu i futurystycznym konstrukcjom. Paleta kolorów została zredukowana do minimum, ale to właśnie urok tej gry. Pomimo skąpej palety barw design i wizja artystyczna jest unikalna, a dzięki działaniu silnika Frostbite – wygląda przepięknie. Nawet jeśli design gry nie uwzględnia wielkiej ilości detali otoczenia – raczej prostota i asceza. Modele postaci to już zupełnie inna bajka. Odmłodzona Faith wygląda nad wyraz dobrze – podobnie jak reszta postaci spotykanych w grze i w trakcie przerywników, które popychają fabułę do przodu. Oprawa dała mi przysłowiowego kopa w twarz i przez długi czas po prostu stałem w jednym miejscu i podziwiałem widoki. Delektując się do tego świetnym udźwiękowieniem i rewelacyjną muzyką, która zmienia się w zależności od wydarzeń na ekranie. Od chillowego ambientu do szybkich, intensywnych beatów – DICE, oprawa wyszła wam wzorowo. I do tego udało Wam się w to wszystko wcisnąć naprawdę sporo różnorodności co do otoczenia.
No ale przecież to Mirrors Edge. Postój to nasz wróg. I tak jest w istocie. 90% gry to ciągły bieg, skoki, ślizgi i inne kaskaderskie popisy. Faith nie bez powodu ma reputację najlepszej biegaczki. Wachlarz ruchów naszej bohaterki został poszerzony, a składanie ich w jeden ciąg jest jeszcze bardziej dynamiczne i intuicyjne. Tym bardziej, że tym razem liniowość została zastąpiona przez sandboxowe podejście i droga do celu zależy już tylko od naszych umiejętności, spostrzegawczości i pomysłowości. Wzrok Sprintera pozwala odnaleźć się w gąszczu barierek, ścian czy szybów wentylacyjnych, ale można go całkowicie wyłączyć i cieszyć się swobodnym przemierzaniem dachów utopijnego miasta. Tym bardziej, że najszybsze i najciekawsze trasy znajdziemy sami – za rączkę prowadzenie jesteśmy tylko po optymalnych trasach. No i nie zapominajmy o mnogości zadań pobocznych, które w większości wypadków zmuszają nas do samodzielnego kombinowania jak przebiec z cenną przesyłką w bardzo krótkim, narzuconym nam czasie czy też jak najszybciej uciec patrolom i VTOLom, które będą nas ścigać, jeśli wdamy się w konfrontacje z siłami porządkowymi korporacji KrugerSec, która trzyma piecze nad większością miasta.
W stosunku do poprzednika walka uległa zmianie i jest teraz sporo łatwiejsza. Po części przez durne AI przeciwników oraz fakt, że odpowiednio rozwinięta Faith nie ustępuję w niczym azjatyckim specjalistom od wygrywania pojedynków 20 wersus 1. Rozwinięta? Ano tak – w grze za każdą czynność – misje fabularne, znajdźki, side questy czy próby czasowe otrzymujemy doświadczenie, które następnie wydajemy na ulepszanie naszej postaci w trzech kategoriach. Ruch, walka i sprzęt mogą być w dużym stopniu ulepszane. Daje nam to coraz większa przewagę nad coraz to lepszymi funkcjonariuszami ochrony czy nawet dronami i stacjonarnymi wieżyczkami. Nowe ruchu pozwalają szybciej i bardziej płynnie się przemieszczać co jest też niezbędne do wykonania niektórych, późniejszych zadań pobocznych, które dla „podstawowej” Faith byłyby nieosiągalne. Dodatkowe sprzęt jak linka z hakiem także dodaje dynamiki i widowiskowości. Udany dodatek, który skutecznie pogłębia rozgrywkę i daje nam nieco więcj kontroli nad rozwojem postaci. Możemy inwestować od początku w ruchy, aby być nieuchwytnym albo jeśli wolisz stawać twarzą twarz z przeciwnikiem – robisz z Faith koksa, która kilkoma solidnymi ciosami powali każdego, kto stanie jej na drodze. Jeszcze wracając do samej walki – można w niej oczywiście wykorzystywać otoczenie, a nawet samych wrogów. Kopniaki podczas biegu po ścianie czy solidny high kick, który wrzuca jednego przeciwnika na drugiego – przy odrobinie wprawy nie jest to nic trudnego. No i koniec z jakąkolwiek bronią palną – to akurat wyszło grze na plus.
Pieję z zachwytu. Gra na dychę? Niestety nie. Pierwsza sprawa, która kuleje to fabuła. Nie oczekiwałem tutaj czegoś na miarę Wiedźmina 3 czy Bioshock, ale twórcy mogli się bardziej postarać. O wiele bardziej. Fabuła to sztampowy miks korporacji, powrotu czarnej owcy, przewidywalnych zwrotów akcji i braku oryginalności. Jest tajny projekt wykradziony w przypadkowych okolicznościach, główny zły będący podręcznikowym złym szefem wszystkiego, postać hakera, ruch oporu o ekstremalnych poglądach no i Faith, która nie wybija się wcale poza schemat „wróciłam i będę sprawiać kłopoty”. Prezentacja próbuje windować to wszystko ponad poziom, który w kwestii narracji i fabuły jest nieosiągalny dla Catalyst. No i oczywiście sequel bait na końcu – ale to już mnie w ogóle nie dziwi. Myślę, że formuła otwartego świata nie do końca sprawdziła się w tej grze. Fabule jak i misjom pobocznym brakować zaczyna szybko różnorodności. Nie na tyle, żeby znudzić gracza, ale wystarczająco aby pozostawić odczucie sporego niedosytu. No bo na co nam ogromne miasto, które nie raz przyjdzie nam oglądać z baaardzo wysokich miejsc, kiedy tak naprawdę zwiedzimy tylko fragment metropolii. Ciekawie zaprojektowany i pięknie przedstawiony, ale tylko kawałek. Liniowość jedynki dawała nam o wiele większą różnorodność miejsc i otoczenia. Tutaj po jakimś czasie zaczyna się wszystko powtarzać, Ado wyznaczonych miejsc biegamy wciąż po tych samych trasach. System walki też potrafi być dziwny, kiedy to najmniejszy kontakt przeciwnika ze ścianą powoduje jego wykluczenie z walki. Dynamika starć często jest zepsuta przez bugi, przeciwników lądujących w ścianach czy też potykających się o samych siebie. Nawet chwalone przeze mnie elementy potrafią w kilku momentach zawieść tak bardzo, że człowiek jest zdumiony i myśli „Co, jak, gdzie i dlaczego?”. Wspomniana linka z hakiem nie pozwala nam na swobodne jej używanie i jest zastrzeżona dla konkretnych miejsc i sytuacji. Chciało by się jej użyć podobnie jak w Dying Light, ale nie jest to możliwe. Obawiam się, że obecnie twórcy nie byliby w stanie przekazać nam tak pięknie zrealizowanego świata, który dawałby taką swobodę.
Podsumowując – Mirror’s Edge Catalyst to ciężki orzech do zgryzienia. Gra jest naprawdę dobra. Mechanika w ogromnej większości wypadków spisuje się na medal i daje ogromna satysfakcję. Tylko problem polega na tym, że im większą satysfakcję odczuwałem to większy był zawód, że twórcy miejscami zaspali i pozwolili sobie na tak rażące błędy. Pięknie wygląda ale brak większej przestrzeni i powtarzalność lokacji – pomimo ich rewelacyjnego designu – zaczyna w pewnym momencie pozostawiać odczucie niedosytu. No i fabuła, której brak logiki i opieranie się na najbardziej oklepanych standardach jest jak dla mnie nie do przyjęcia. Na poczekaniu grając jesteśmy w stanie wymyślić cos lepszego. Jeśli misje główne byłyby bardziej na wzór pierwszego Mirrora, a otwarte miasto pozostawiono by nam do eksploracji i badania zupełnie poza głównym wątkiem… wyszło by to Faith na dobre. Nie uratuje tego nawet ciekawy aspekt społecznościowy gry, który pozwala na ustalanie tras i rzucanie wyzwań innym graczom. Na chwile obecną ciężko jest mi polecić ten tytuł. W obecnej cenie zawartości jest za mało, a graficzny przepych, który osiągnięto pomimo oszczędnych projektów lokacji nie pozwala przemilczeć niedociągnięć i słabej zawartości merytorycznej. Jeśli jednak chcecie pobiegać po pięknym Mieście Szkła i możecie przymknąć oko na te wady – będziecie usatysfakcjonowani bo sam bieg jest tutaj czymś odwzorowanym wybitnie. Problem w tym, że to nie tytuł Indie tylko spory spadkobierca udanego Mirrors Edge. I powinien starać się być lepszy. Niestety w wielu wypadkach nie udaje mu się tego osiągnąć. Liczę na kolejne odsłony – może dostaniemy więcej miasta, może uda nam się zjeść nieco niżej i pobiegać wzdłuż estakad i autostrad…jak na razie mamy solidnego średniaka, który ma przebłyski, ale po fali zachwytu oblewa nas kubłem zimnej wody.
Nasz sprzęt testowy. Kliknij w podzespół by zobaczyć recenzję.




Radzio
Nie wiem czemu ale troche ta gra mi przypomina Matrixa XD
Wiedzmin25
Grałem! Z tym że początek to prawie jak AC I, migawki i wybudzenie, ale ogolnie spoko.
Micky
glupia moda na sandboxy, skopali jedna z moich ulubionych gier :(
Wiggly
AAjj tam – fajny ten miroł ecz :)
Mati1988
Kozacka gierka, miałem, grałem, przeszedlem, polecam…