Gry pokroju Hard Reset nie są łatwymi w ocenie grami. Trudno bowiem uczciwie ocenić grę, która jawnie przyznaje się, że jest „old-skoolowa”, że bardziej przypomni nam FPSy sprzed 2000 roku niż dzisiejsze shootery. Jest to trudne ponieważ nowoczesna sztuka narzuca nam pewne standardy, a tu nagle otrzymujemy dzieło, którego twórcy postanawiają „wyrzucić do śmieci” ewolucję gatunku. Oczywiście chodzi tu o „wyrzucenie” celowe, w celu osiągnięcia pewnego efektu i to właśnie stanowi problem. Spróbujmy mimo to przyjrzeć się bliżej tej futurystycznej strzelance polskiego studia Flying Wild Hog.
Zacznijmy od historii bowiem wydawać by się mogło ze niby jest tu jeden wątek fabularny, lecz w rzeczywistości wydaje się jakby było kilkanaście. Zaczynają się bez dania racji, kończą bez wyjaśnienia, przeplatają ze sobą na najdziwniejsze sposoby i wszystko każe mi sądzić, że postacie z gry drwią sobie ze mnie „Haha! My wiemy o co chodzi a Tobie nie powiemy!”. Gdyby nie fakt, że wszystko łączy się z robotami, miastem Bezoar i agentem nazwiskiem Fletcher (nasz bohater), chyba w ogóle nie byłaby to spójna historia. Poważnie mówiąc to lubię skomplikowane zwroty fabularne – zagmatwana fabuła nadaje grze niepowtarzalnego smaku. Tyle, że nastaje zawsze taki moment, w którym chciałbym w końcu wiedzieć o co w ogóle chodzi. W przypadku Hard Reset jest zupełnie inaczej! Opowieść urywa się w najmniej oczekiwanym momencie bez żadnego epilogu, słowa wyjaśnienia czy jakiegokolwiek ostrzeżenia. Autentyczna sytuacja – siedzę sobie i gram, załatwiam arcytrudnego bossa, kończę level, oglądam cutscenkę i myślę sobie „No w końcu się fabuła rozkręca. Teraz się będzie działo!”… jakąś sekundę po tym jak to pomyślałem na ekranie zaczął mi się wyświetlać ciąg nazwisk osób, które grę stworzyły yy Wtf.
Skoro już o tym mówię od razu powiem, że dojście do napisów nie zajęło mi długo. Hard Reset ma tylko siedem leveli, których przejście zabiera średnio 5 godzin intensywnej gry. Zrobiłem zawiedzioną minkę i wzdychając zacząłem przesuwać myszkę w kierunku przycisku Multiplayer… ale niestety, przeszukałem cale menu i nie znalazłem tryby sieciowego i wtedy (zrobiłem jeszcze bardziej zawiedzioną minkę). Po ukończeniu gry mogłem jedynie spróbować swoich sił ponownie w trybie Ex Mode. To takie coś jak „New Game +”, który pozwala wszystkie zachowane upgrade’y i bronie przenieść do nowej gry. Przyznać trzeba, że pomysł ten się chwali. Co jednak nie zmienia faktu, że ta gra aż błaga o multiplayer! Chociażby jakiś taki malutki tryb Co-Op, w którym planszę zalewałyby roboty, a my ze znajomym musielibyśmy przetrwać.
No właśnie, pomówmy trochę o samym graniu, bo na razie tak narzekam i narzekam, a przecież Hard Reset ma swoje uroki – przede wszystkim samą warstwę techniczną i rozgrywkę, na którą ewidentnie stawiali w tej grze twórcy. Grafika pięknie utrzymuje się na swoim własnym silniku Road Hog. Można zobaczyć niebywałe zalety tego silnika oglądając wybuchy, wyładowania elektryczne czy system zniszczeń… a okazji ku temu mało nie będzie. Właściwie to Hard Reset jest jedną, wielką okazją do rozwalania wszystkiego i czegokolwiek. Naprawdę środowisko dopracowane zostało do maksimum, gdyż tyle tam „wysadzalnych” rzeczy jakieś samochody, kanistry z benzyną, różnorakie urządzenia pod napięciem itd. Myślę, że wszystkie przedmioty muszą w sobie mieć detonatory zbliżeniowe, bo jak tylko w pobliżu pojawia się Fletcher i jakieś roboty to zaraz całość zaczyna fruwać i robić „kabum!”. Zniszczeniu ulegają nawet bierne obiekty, jak słupy czy stragany – a to chyba każdy lubi.
Pod tym względem gra faktycznie kojarzy się z klasycznym i oldscholowym Serious Samem albo quakiem bo biegamy i strzelamy do wyskakujących w ogromnych ilościach przeciwników. Tylko co jakiś czas będzie chwila na oddech i ewentualnie naciśnięcie jakiegoś przycisku otwierającego drzwi do kolejnego obszaru. Nie ma tutaj żadnych zaawansowanych komend, ani możliwości. Hard Reset to prosty FPS – biegniesz, strzelasz, wybucha i powtarzamy czynność. Może to zabrzmieć dziwnie, ale mimo ogromnej monotonni walka z robotami została na tyle porządnie przygotowana, że potrafi zainteresować i mocno wciągnąć .
Jeśli chodzi o asortyment broni oddany w nasze ręce to możemy poczuć się poczuć lekko zawiedzeni. Dostajemy tylko dwie bronie – karabin i broń energetyczną. Rozczarowanie to jednak może skończyć się dosyć szybko, gdy tylko uda nam się znaleźć pierwszy dyspenser, w którym możemy kupować modyfikacje naszych giver, w zamian za odnalezione pomarańczowe zbiorniki z nanotechnologią. upgrejde są w stanie zupełnie przeobrazić naszą pukawke z prostego karabinku w wyrzutnię granatów lub shotguna i co najlepsze zachowujemy naszą starą broń, ale dostajemy do niej dodatkowy moduł strzelania i Pomiędzy nowymi trybami ognia swobodnie możemy sobie skakać
A jak się ma sprawa z przeciwnikami, otóż Szczerze mówiąc to w tym tytule pojawią się tylko trzy rodzaje wrogów: małe, średnie i duże roboty. Są też bossy, ale boss to boss i nie liczę ich jako normalnych oponentów. Jednak Te trzy rodzaje wrogów dzielą się jednak na bardziej szczegółowe typy, np. małe roboty dzielą się na bomby, robo-piły i takie ze śmigiełkiem. Jednak mimo iż mamy jedną matrycę przeciwników o dziwo potencjalne znużenie nimi nie występuje. Może dzieje się tak dlatego, gdyż przeważnie naciera na nas taka ich fala, że nawet nie tracimy czasu na zastanawianie się nad tym faktem. A zresztą po co większa skala wrogów, skoro Ci potrafią nam jeszcze skopać niezłe dupsko…
Reasumując, generalnie ciężko obiektywnie stwierdzić co to za gra bo różne osoby inaczej ja odczytają. Jedni ucieszą się na wieść o przyjemnej, nostalgicznej wycieczce w świat old-skoolowego FPS’a, w którym możemy się odstresować, bo obracamy w pył armie nacierających maszyn i wysadzamy wszystko czego się dotkniemy. I zdecydowanie ja sie do tej grupy pisze bo ten gameplay po prostu mnie przekonał. JEDNAK, drudzy nie zauważą nic poza monotonną, nielogiczną fabularnie kampanią dla pojedynczego osobnika, która daje dostęp tylko do dwóch broni (+ Katana) noi trzech rodzajów wrogów (+ Cyborg zombie) i która nie wiadomo czy szybciej się znudzi, czy skończy. Żart tkwi w fakcie, że dostrzec można wyraźnie obie strony medalu. Dodatkowo Do plusów można jeszcze dodać dźwięk, środowisko, mechanikę zabawy i przede wszystkim silnik graficzny, który zawstydza wiele produkcji zza oceanu.
Nasz sprzęt testowy. Kliknij w podzespół by zobaczyć recenzję.










DoktorWojna
na coniektorych komiowych crut stenkasch postac gwonego bochatera wygrąda jak wycienty przeciwnik z hl2
ichizo
wybiega mobek z napisane ” taki ze śmigiełkiem „i go klepiesz xD szkoda że nigdy nie lubiłem takich gier no cóż… po prostu nie umiem w nie grać = daje mi mało funu xD
Salek
No i jeszcze survival jest single player
pszee
Grałem w to i gra wygląda ok, ma wiele zalet technicznych, ale po przejściu 1/3 gry byłem tak znużony, że się poddałem. Nie dałem rady:) Pozdrawiam.
gumek
Naprawdę fajna recenzja może nawet zakupię tą grę ze względu na to że właśnie dosyć lubię bez sensowne wyżynanie potworów niczym w Seriousie Samie albo Painkilerze. A po za tym polecam grę Dust: An Elysian Tail która przypomina nieco Mark of The Ninja. Pozdrawiam :)